wtorek, 10 marca 2009

:-)

Halinka mi ostatnio napisała:
łóżko ma cztery rogi, pogodzi ręce i nogi...


i miała rację;-)

uffffffff...

poniedziałek, 9 marca 2009

:(

to jednak nie koniec wojny...
wręcz, wygląda na początek...






tylko, że ja juz nie mam siły...

niedziela, 8 marca 2009

Dzień Kobiet, dzień kobiet...


A ja na przekór najnowszym trendom wcale, ale to wcale nie jestem i nigdy nie byłam feministką:) Nie chcę być niezalezna, nie mam zamiaru wbijać gwoździ, nie mam za grosz orientacji w terenie i potrzebuję silnego, męskiego ramienia! I wolę mieć kierowcę niz być kierowcą:)
I chcę obchodzić Dzień Kobiet jak kobieta:)

i ucieszyły mnie dziś baardzo wszystkie miłe życzenia!
I gozdziki od Henia:-)
i kartka od Marcinuków:-D
http://www.ekartki.pl/otrzymana_ekartka/

A najbardziej ucieszyły mnie róże na poduszce rano od męża.
I to co szeptał do ucha cały dzień:-)
A już się bałam, że się nigdy nie pogodzimy... To nasza najdluzsza wojna, całe 3 tygodnie!!!
Na przeprosiny zabukowaliśmy wypad do Turcji, ale dopiero w sierpniu. Mam nadzieję, ze na wiosnę tez coś znajdę... w końcu ślęczę na stronach biur podrózy jak nawiedzona.
Ja naprawdę mam mocne odchylenia od normy;)
Marzy mi się wypad, np. z Cejrowskim na koniec świata...
W ogóle mogłabym nie rozpakowywać walizek... Góra tydzień po każdej wyprawie znów mnie ciągnie w nieznane... Od zawsze tak było...
Jako dzieciak przemierzałam z plecakiem Polskę wzdłuż i wszeż... Teraz mam apetyt na cały, wielki świat.
Najlepszym rozwiązaniem dla mnie byłby własny program podróżniczy...
Mam juz tytuł:-)
"Tam, gdzie mnie jeszcze nie było"

poniedziałek, 2 marca 2009

Red sea, blue sky, hot sun i Lusia:-)







Bardzo dawno tu nie zaglądalam... Tyle sie działo, że nie miałam czasu... Bo przecież był Egipt na przełomie listopada i grudnia, więc i przygotowania przed i ciężki powrót do rzeczywistosci po... I zaraz potem swięta i mnóóóstwo gosci... wesoło było, alkoholizowalismy sie codziennie, także w sylwestra juz mielismy niezłą wprawe. Była kapela na zywo i poprawiny nastepnego dnia:)
A teraz naprawdę muuuszę więcej o Egipcie...
Podróż nie należala do najbardziej komfortowych, bo wylot byl z Oslo. O ile do Oslo tłuklismy sie calą noc pociągiem, tak spowrotem wracalismy juz samolotem... ale dopiero nastepnego dnia rano hmm, bo lądowalismy prawie o pólnocy. Tak wiec przyszło mi spać na lawce z Nelkiem i młodym rumunem a Krzysiowi z norweżką i jej dzieckiem... hehe, ale warto bylo. Bo w Egipcie bylo podwojnie cudnie. Po pierwsze cudnie bo to mój Egipt, wciąż ten sam... glosny, upalny i pachnący... (choruję na Egyptus Chronicus od kiedy pierwszy raz zaciągnęlam się egipskim powietrzem), a po drugie cudny, bo byla tam moja Lusia (noo Kornik też, smiesznie z nim bylo) Zawsze marzylam o tym, zeby być tam z moją Lusią:-) I bylam. Mam nadzieje, ze nie ostatni raz:-)
Wygrzewalismy tylki na plazy, snoorkowalismy (najodwazniejsi nawet próbowali nurkowania) scigalismy sie quadami po pustyni (jeny, jestem nienauczalna... im bardziej chcialam skręcić w prawo tym bardziej quad jechal w lewo!!! hihi), blablalismy cale noce, wloczylismy po najciemniejszych uliczkach Hurghady w poszukiwaniu idealnych falafeli i spijalismy hektolitry lodowatej Stelli. Bardzo szybko zlecial tydzien i pojechali:-( My zostalismy tydzien dluzej, zeby odespac zaleglosci, najesc się na zapas owoców morza w El minie (nie wiem jakim cudem dopiero odkrylam El Mine, mają tam absolutnie cudowne żarelko... kurde oplulam klawiaturę na samą mysl) i wygrzac kosci. Nocami nammmiętnie zalewaliśmy łazienkę:-) Mielismy skromny ale sympatyczny hotel w cantum Dahab (mam do niego sentyment, bo to własnie w nim mieszkaliśmy, jak byliśmy w Egipcie poraz pierwszy)... co rano budzil nas spiew muezina, na bazar mielismy 3 kroki... Pogoda byla piękna bite 2 tygodnie, woda w morzu idealna... nigdy nie bylam w Egipcie w grudniu i w najsmielszych marzeniach nie przypuszczalam, ze bedzie az tak slonecznie.
Ale, wszak to Egipt... mój Egipt.
Tam zawsze swieci slonce:-)

wtorek, 6 stycznia 2009

moja prawda, najmojsza...

"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj..."

Mark Twain

niedziela, 12 października 2008

Wróciliśmy...











Wrócilismy a tu... piąty dzień leje:-(
Masakra...
Majorka nas zachwycila... To nie tylko knajpy i dyskoteki jak sobie wyobrażalam ale i spektakularne widoki, dziewicze tereny, ciekawe obiekty. Pogoda dopisala cudnie(choć tydzień przed naszym przylotem i tydzień po wylocie lalo i wialo), hotel dostalismy
R E W E L A C Y J N Y (choć zaplacilismy smieszne grosze i spodziewalismy się szczurowni) Tylko nastroje mielismy nie bardzo i zmarnowalismy kupę czasu na glupie klótnie:-(
Zwiedzilismy stolice wyspy Palmę de Mallorca i malownicze miejscowosci i porty od Alcudii do Valldemossy. Ta ostatnia mala miejscowość wśród gór Sierra de Tramuntana zrobila na nas niesamowite wrazenie. To tutaj w listopadzie 1839 roku przebywał Fryderyk Chopin na potajemnej schadzce z francuską pisarką George Sand i od tamtej pory czas tam sie chyba zatrzymal. Spacerując wąskimi, ukwieconymi uliczkami mialam wrażenie, że za chwilę spotkam się z kochankami twarzą w twarz...

„Jestem w Palmie między palmami, cedrami, kaktusami, oliwkami, pomarańczami, cytrynami, aloesami, figami, granatami itd. Co tylko Jardin des Planes ma w swoich piecach. Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. W dzień słońce, wszyscy letnio chodzą, i gorąco; w nocy gitary i śpiewy po całych godzinach. Balkony ogromne z winogronami nad głową, mauretańskie mury. Wszystko ku Afryce, tak jak i miasto, patrzy. Słowem, przecudne życie. (...) Mieszkać będę zapewne w przecudownym klasztorze, najpiękniejszej pozycji na świecie: morze, góry, palmy, cmentarz, kościół krzyżacki, ruiny moskietów, stare drzewa tysiącletnie oliwne. A, Moje Życie, żyję trochę więcej... Jestem blisko tego, co najpiękniejsze”. Tak napisał Fryderyk Chopin swojemu przyjacielowi tuż po przybyciu na Majorkę w 1839 roku...
Majorka sama w sobie jest piękna i oferuje z pewnoscią o wiele więcej ciekawych do zobaczenia miejsc. Na dobrą sprawę jednak sama Valldemossa wystarczyłaby by wyspa była warta odwiedzenia i na pewno jeszcze tam wrócimy - co do tego jestesmy zgodni, a to niezwykla żadkosć w naszym burzliwym związku;-)